O poczuciu humoru, czyli o tym, jak przestały mnie bawić niektóre rodzaje dowcipów.

Zacznę poważnie. Wśród cnót, które Arystoteles wymienia, znajduje się cnota, którą określić by można mianem poczucia humoru. Odnosi się ona do tej dziedziny życia, która obejmuje nasze stosunki z innymi, a dokładniej te relacje z innymi, w jakie wchodzimy z innymi mając na celu przyjemność płynącą z zabawy. Istnieje bowiem w życiu, zauważa Filozof, „odpoczynek, a w jego ramach rozrywki nie gardzące żartami”. Skoro można figlować z innymi, to można, rzecz jasna, figlować w taki sposób, w jaki należy, jak i tak jak nie należy. Ci, którzy figlują nie tak, jak należy figlować, czynić to mogą albo popadając w przesadę i wtedy stają  się kpiarzami, poszukującymi tego, co śmieszne za wszelką cenę, albo popadając w niedostatek w tej materii, będąc ludźmi pozbawionymi „zmysłu humoru i ogłady”. Człowiek, który zaś figluje w sposób należyty, to człowiek dowcipny.

Nie chodzi Arystotelesowi, jak się można domyślać, o poczucie humoru w naszym dzisiejszym znaczeniu tego słowa, o zdolność do opowiadania rzeczy, które rozśmieszą towarzystwo, i o zdolność do unikania dowcipów z brodą lub do ich nie „palenia” (jak wszyscy wiemy, „spalony” dowcip opowiedziany z pełnym zaangażowaniem bywa zabawniejszy aniżeli poprawnie opowiedziany), lecz o coś innego. Człowiek dowcipny to nie po prostu człowiek, który potrafi rozbawić innych, lecz człowiek, który w odpowiedni sposób żartuje i którego bawią żarty, które bawić go powinny. Stwierdzeniu temu trudno zaprzeczyć, chciałoby się jednak wiedzieć, co przystoi człowiekowi dowcipnemu. Arystoteles odpowiada, że człowiek dowcipny to taki człowiek, który mówi takie rzeczy i takich rzeczy słucha, które przystoją człowiekowi prawemu i wolnemu. Można się zapytać o to, co przystoi człowiekowi prawemu i wolnemu, lecz pytanie takie z arystotelesowskiej perspektywy jest pytaniem głupim. Ludzie prawi i wolni wiedzą, co przystoi ludziom prawym i wolnym, zaś ludzie o mentalności niewolniczej i tak nie zrozumieją tego, co się do nich mówi. Stwierdzenie to wydaje się na pierwszy rzut oka mało satysfakcjonujące, ale, proszę mi wierzyć, ma swoje filozoficzne uzasadnienie leżące arystotelesowskiej epistemologii moralnej (nie oznacza to, że jest ono całkowicie przekonujące). Nie o tym jednak chciałem.

Przechodzę zatem, po tym dość przydługim wstępie, do opowieści o tym, jak przestały niektóre rodzaje dowcipów. Ale za nim o tym, opowiem dowcip, byśmy mieli wszyscy jasność co do tego, o jaki ich rodzaj mi chodzi: – Ile kucharek jest w Afryce? – Sześć, bo tam, gdzie kucharek sześć, tam nie co jeść. Śmieszne, prawda? Niby śmieszne, ale mnie nie bawi. Nie bawią mnie też i dowcipy antysemickie, czy szerzej rasistowskie, seksistowskie, dotyczące czyjegoś cierpienia, czyichś ułomności, itp. Nie bawią mnie nie dlatego, że pozbawiony jestem poczucia humoru (mam nadzieję, że nie jestem), lecz dlatego, że nie nie ma w nich zbyt wiele to, z czego się można śmiać. Zabawa słowem i skojarzeniami, choć sama w sobie godna pochwały, to jeszcze zbyt mało, by mnie rozbawić (to samo odnosi się do figlów czyimś kosztem, choć bywa to zabawne, to jest jednak czymś żenującym, jeśli stoi za tym chęć wyrządzenia krzywdy innymi, lub małostkowym, gdy stoi za tym pragnienie poklasku. Cóż, gwoli ścisłości i by być w zgodzie z powagą i szczerością wywodu, i ja od tego wolny nie jestem). Coś bowiem powoduje, że dowcipy te nie są śmieszne. Znamionuje je brak pewnej elementarnej wrażliwości oraz ignorancja, a także niezdolność do postawienia się w sytuacji innego oraz związany z tym defekt wyobraźni. Ci, którzy podjęli się trudu zrozumienia tego, czym był Holocaust (nie chcę powiedzieć, że jest to możliwe), o Zagładzie nie będą opowiadać dowcipów i takie dowcipy ich nie będą śmieszyły. Nie są bowiem śmieszne. Ci, którzy rozpoznali w seksizmie niesprawiedliwość lu ci, których ta niesprawiedliwość dotknęła, seksistowskich dowcipów opowiadać nie będą.

Gwoli ścisłości, kilka rzecz należałoby dodać. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy kto opowiada antysemickie dowcipy, jest antysemitą. Znaczna pewnie część takich ludzi jest szczerze niechętna antysemityzmowi. Opowiadają, bo ich śmieszą. Cóż, w moich oczach, nie jest to wielka przewina. Jest też grupa ludzi, która opowiada antysemickie czy seksistowskie dowcipy, bo antysemickie czy seksistowskie żywi przekonania. Jest też jednak i grupa ludzi, która być może takie dowcipy opowiada, ale przede wszystkim domaga się prawa do opowiadania takich dowcipów. Przynależą do niej prawicowi publicyści i osobnicy, którzy wprawdzie publicystami nie są, ale poglądy mają prawicowe. Batalię o prawo do opowiadania takich dowcipów postrzegają jako część walki z panującą wszechwładnie lewacką cywilizacją politycznej poprawności: gdzieś tam, w Ameryce, a dokładniej na amerykańskich uniwersytetach panoszy się owa polityczna poprawność. Jej ofiarą padają ci, którzy prawdziwie o wolność słowa walczą i chcą mieć prawo czarnucha nazywać czarnuchem, jak się go nazywało w domu rodzinnym od pokoleń nazywało (widzimy oprócz wolności słowa, w grę wchodzą tutaj jeszcze dwie inne wartości konstytuujące prawicowe uniwersum – rodzina i tradycja). Takich ludzi zwalnia się z pracy, prześladuje, nie daje się im godnie żyć (opisów takich przypadków można znaleźć całą masę, większość zapewne będących rezultatem tzw. researchu ziemkiewiczowskiego). Ale my tu w Polsce damy temu odpór. Z właściwym sobie, tzn. prawicowym, bohaterstwem. Dziś, jak się zdaje, spór o polityczną poprawność jakby nieco przycichł. I całe szczęście.

 

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nergal, ten ciasteczkowy potwór

Nergala, lidera Behemotha i podwórkowego celebryty, ostatnio w mediach jest tak wiele, że jest nadzwyczaj prawdopodobne, że jest również i u mnie w lodówce, więc za każdym razem, gdy ją otwieram, czynię znak krzyża, by złe od siebie odpędzić. Zawsze miałem wątpliwości co do skuteczności tego gestu, ale w tym przypadku działa. Adam „Nergal” Darski ani razy nie wychynął się i szepcząc szatańskie zaklęcia nie rzucił na mnie uroku. Rzec by się chciało, dzięki Bogu.

Żarty żartami, ale sprawa jest dla mnie zaskakująca. Dziwi mnie bowiem cała wrzawa jaka wokół Nergala i jego wyczynów się rozpętała. Rozumiem oburzenie, jakie wywołało podarcie Biblii podczas koncertu i rozrzucanie jej kart wśród publiczności z okrzykiem, by „żarli to gówno”. Było to, jak mówi młodzież, dość słabe. Ciąganie po sądach Nergala za obrazę uczuć religijnych pokazuje zaś nie tyle co zacietrzewienie tych, którzy go przed oblicze sprawiedliwości przywiedli, co bezsensowność samego paragrafu, który na coś takiego pozwala. Paragrafu, o którym z góry było wiadomo, że będą powoływać się na niego ci, którzy czują się prześladowani. To, że tak akurat składa, że prześladowani stanowią większość nie jest dziełem przypadku i nie jest rzeczą bez znaczenia. Od tego bowiem, że obrażane są uczucia religijne większości zależy bowiem to, że przepis ten nie jest martwy i że takie sprawy stają na wokandzie. Uczucia mniejszości wzięcie mają mniejsze.

Prawo, rzecz jasna, winno stać na straży dóbr osobistych, lecz podciągnięcie pod to pojęcie uczuć religijnych (czy w rzeczywistości są one z dobrami osobistymi utożsamiane, nie wiem) oznaczałoby, że zostaje ono wyprane z wszelkiego znaczenie i staje się bezużyteczne. Przepisu tego, i tu zgadzam się z wieloma, powinniśmy jak najszybciej się pozbyć.

Z Nergalem problem jest jednak inny. Jak to się bowiem dzieje, że owa intelektualna żenua przezeń serwowana wzbudza tyle emocji, i tych pozytywnych, i tych negatywnych? Jestem w stanie zrozumieć, że muzyka Behemotha może się podobać (choć zdaje mi się, że nie ma tak drugiego konserwatywnego i opornego na wszelką innowację gatunku w muzyce popularnej jak metal. Podkreślę, że choć metal w różnych swych przejawach jest gatunkiem dla mnie martwym, to jednak nie mam zamiaru nikomu odmawiać zasług na tym polu i uznania, jakim się cieszy). Moc i poczucie władztwa, jakie daje ten dość prosto zaaranżowany hałas, może fascynować, ale przebieranie się, noszenie na tyłku pentagramów i dość mocny makijaż zupełnie dla mnie nie są zrozumiałe. Nie trafia do mnie tłumaczenie, wedle którego mamy tutaj do czynienia z pewnego rodzaju konwencją. Z konwencjami mamy do czynienia w teatrze, nie zaś podczas rockowego koncertu, który ma być  przecież z definicji niejako przekroczeniem wszelkich konwencji. Mogę się mylić, ale nie zdobyłbym się raczej na żadne głębokie doświadczenie, gdyby na scenie królowała trupa halloweenowych performersów. Czary goryczy dopełnia intelektualna miałkość głoszonego przez Nergala przesłania. Nawiązania do okultyzmu, przedchrześcijańskich mitologii trafiać mogą do pryszczatych nastolatków lub do tych zainfekowanych wirusem nacjonalizmu (szczęśliwie Polska to nie Skandywia, a Nergal to nie Varg Vikernes vel Burzum) , lecz że serwowany przezeń nietzscheanizm dla ubogich może robić na kimś wrażenie mnie zdumiewa. Choć z drugiej strony zrobić musiał na Dodzie, a ta znana jest przecież ze swego wysokiego ilorazu inteligencji, więc może coś jest na rzeczy.

I jeszcze jedna rzecz mnie zdumiewa, a mianowicie niezwykła słabość nergalowej prowokacji. Atak na chrześcijaństwo i katolicyzm, choć są one dominujące w naszym społeczeństwie, jest czymś z gruntu łatwym, niezobowiązującym i w sumie przyjemnym. Kiedy grupka młodych Słoweńców na początku lat 80. XX w. założyła zespół i nazwała go Laibach (niemiecka nazwa Lubjany) i odwoływała się do faszystowskiej estetyki, to była rzeczywiście prowokacja w kraju, który tak jak ówczesna Jugosławia został ufundowany na etosie antyfaszystowskiego ruchu oporu. Nergalowo-behemothowe prowokacje przy tej prowokacji, jak i przy wielu innych, to jak pokazywanie pani języka na szkolnej wycieczce. Prowokacja Laibacha, bo przy niej pozostanę, była wyrafinowaną i niebezpieczną grą symbolami oraz zbiorową pamięcią i tożsamością, nie mówiąc już o tym, że wiązała się z realnym niebezpieczeństwem, nie zaś zainteresowaniem portali plotkarskich i kolorowych bulwarówek. Rację więc przypada przyznać, proszę mi wybaczyć, prawicowym krytykom. Niech Nergal et consortes porwą się na prawdziwą prowokację i zaatakują to, co jest przedmiotem rzeczywistego konsensu i jako takie immunizowane jest na wszelką krytykę. Tego jednak, jak się zdaje, oczekiwać po jurorze telewizyjnego show spodziewać się raczej nie należy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O strasznych mieszczanach

Wyobraźmy sobie sytuację, w której to poczytny serwis internetowy publikuje krótki artykuł informujący, iż w danym mieście planuje się postawić tu i ówdzie kilka tzw. kontenerów socjalnych, gdzie zamieszkać mieliby ci, którzy regularnie unikają płacenia czynszu. Dzięki takiemu rozwiązaniu miasto mogłoby rozwiązać problem niechcianych mieszkańców i jednocześnie zdobyć środki na renowację, powiedzmy, zniszczonych kamienic w centrum miasta, dzięki czemu, twierdzi się, miasto odzyskałoby swój blask, stałoby się miejscem przyjaźniejszym i bezpieczniejszym dla jego mieszkańców.

Reakcje internautów można w takim przypadku z łatwością przewidzieć. Będą oni pomysł włodarzy miasta chwalić, ciesząc się z tego, iż ten nabrzmiały problem społeczny wreszcie zostanie rozwiązany. Nie może być przecież tak, że ludzie, którzy ciężko pracują, biorą kredyty na lat trzydzieści, są odpowiedzialni i szanowani, muszą płacić nie tylko za siebie, ale i też na tych, którzy tylko piją, awanturują się, wystają w bramach i nieodpowiedzialnie się rozmnażają. Rzecz jasna, w końcu „pijaczki”, „żulernia”, „nieroby” powinni ponieść odpowiedzialność za to, że żyli do tej pory na koszt społeczeństwa, a społeczeństwo w końcu powinno przestać finansować ich bezwartościową egzystencję.

Wyobraźmy sobie inną sytuację, w której to znowuż poczytny serwis internetowy publikuje informacje o manifestacjach związkowych przeciwstawiających się planom prywatyzacji pewnej spółki skarbu państwa. Jak to bywa, manifestacja taka kończy się zamieszkami między związkowcami a ochroną i policją.

I w tym przypadku reakcję internautów łatwo przewidzieć. Posypią się gromy na roszczeniowych związkowców, przypomni się, że średnia pensja w rzeczonej spółce aż 7900 brutto i potępi się cały system przywilejów, jakie pracownikom tejże spółki przysługuje. Związkowcom wytknie się, iż myślą tylko o swoich interesach i że w głowie im wyłącznie chęć utrzymania swych biurokratycznych posad. Przywoła się obraz pijanego, agresywnego związkowca i domagać się będzie siłowego rozprawienia z nimi. Bardziej intelektualnie wyrafinowani internauci powiążą to wszystko ze wszechwładnym socjalizmem, socjalizmem rządzącym w Polsce, Unii Europejskiej i w odległych galaktykach, gdzie nieznany jest jeszcze JKM.

Wyobraźmy sobie teraz krótki filmik, na którym widać skuteczną akcję pacyfikującą agresywnych kibiców. Wśród kibiców dochodzi do przepychanek między sobą i między nimi a przedstawicielami policji. Nagle wpada oddział prewencji i przy pomocy pałek zaprowadza porządek. Na koniec widzimy kłębowisko skulonych i pojękujących z przestrachu i bólu ciał. Filmik taki może zostać zamieszczony na jednym z serwisów społecznościowych.

Jaka będzie w tym przypadku reakcja? Cóż, łatwo przewidzieć. Pochwali się skuteczną akcję służb bezpieczeństwa, wyrazi się się ubolewanie, iż u nas policja nie jest na tyle zdeterminowana do tego, aby walczyć z agresywnym motłochem, zagrażającym nam, naszym matkom, córkom, naszemu społeczeństwu.

Żaden z powyższych przykładów nie jest przykładem wyimaginowanym. Ostatni zaś jest niedawny i angażuje osoby, które znam i które sobie cenię. Jest bowiem cała ta notka refleksem pewnego fejsbukowego sporu. Dla tych, którzy wiedzą o co chodzi, będzie to oczywiste (i jeśli poczują się urażeni, niech mi wybaczą), dla tych, którzy nie wiedzą, jest to bez znaczenia. Ale wróćmy do mego wywodu.

Rzecz pierwsza, we wszystkich tych przykładach, które ilustrują dla mnie taki sam typ postawy społecznej (abstrahując od tego, czy rzeczywiście we wszystkich tych przypadkach, każdy miałby takie samo zdanie), charakterystyczne jest „widzenie rzeczy osobno”. Oczywiście stwierdzenie to pochodzi od Tuwima, który o „strasznych mieszczanach” pisał tak:

I oto idą, zapięci szczelnie,
Patrzą na prawo, patrzą na lewo.
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie
Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Widzenie rzeczy osobno tym się charakteryzuje, że pewne zjawiska widzi się poza ich kontekstem (społecznym, politycznym, kulturowym, ekonomicznym, psychologicznym, itp.) i stąd też proponuje się analogicznie proste rozwiązania. Eksmisje do kontenerów społecznych jako środek dyscyplinujący i kara za brak odpowiedzialności czy zdecydowaną, często brutalną, reakcję siłową jako odpowiedź na agresję kibicowskiego chuligaństwa.  Chwila refleksji, trochę lektur i można z łatwością się zorientować, że na przykład problem „mieszkańców notorycznie uchylających się od płacenia czynszu” to z jednej strony złożony problem, którego zrozumienie wymaga przyjęcia różnych perspektyw, a z drugiej strony nie ma jego prostego moralnego rozwiązania. Choćby dlatego, że przywoływane w tym kontekście pojęcia zasługi i odpowiedzialności dalekie są od jednoznaczności.

Rzecz druga, charakterystyczne dla tego typu reakcji jest pragnienie, by to państwo rozprawiło się z określonymi grupami społecznymi. Mogą to być „menele” czy mogą być to agresywni chuligani. Już na poziomie języka widać tęsknotę do siłowych rozwiązań i porządku. Chodząc po ulicy nie chce się bać, nie chcę być narażony na dyskomfort spotkania z elementem, który mnie odrzuca, dlatego też domagam się od państwa, by reagowało zdecydowanie. Państwo ma zapewnić mi bezpieczeństwo (czy wolność) i chronić moją własność. W przypadku tak intelektualnie wyrafinowanego podejścia (większość interlokutorów nie jest oczywiście tak subtelna) zapomina się o jednym, a mianowicie o tym, że celem państwa i prawa, poprzez które państwo działa, nie jest wyłącznie zapewnienie bezpieczeństwa (i wolności) oraz ochrona własności, lecz realizować ma ono inne cele i prawo karne oraz ochrona umów jest tutaj niewystarczające.

Rzecz trzecia, w powyższych reakcjach widać wyraźnie mechanizm społecznego wykluczania i chęć ustanowienia swojej względnie wyższej pozycji społecznej. Widać to jak na dłoni w przypadku osób nadużywających alkoholu, społecznie upośledzonych, itd. Widać to też w przypadku kibiców i kibicowskiej kultury, która jako jedna z niewielu opiera się dyktatowi rynku i która jako jedyna zachowała swój ludyczny charakter, a że ludyczna kultura zawsze była przedmiotem pogardy z jednej strony, a z drugiej lęku ze strony klas średnich i wyższych, to wiadomo od dawna.

Rzecz czwarta, powyższe reakcje są jak zwierciadło, w którym odbijają się ideologiczne manipulacje. Weźmy przykład pierwszy z brzegu, a mianowicie często powtarzany o skandalicznie wysokich średnich zarobkach w rzeczonej spółce skarbu państwa. Każdy krytycznie nastawiony najpierw zapytałby się, w jaki sposób owa średnia została wyciągnięta i jeśli uświadomi się, że przy jej obliczaniu wzięto pod uwagę zarówno szeregowych pracowników, jak i prezesów spółki, zarabiających po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, to wysoka średnia nie powinna dziwić. Podobnie jest i z kibicami. Medialne przekazy eksponują tylko brutalne zajścia, antysemickie wybryki, lecz socjologiczne badania pokazują, iż stanowi to tylko margines ruchu kibicowskiego (któremu zapewne w Polsce można wiele zarzucić). Łatwość, z jaką powtarzamy medialne klisze, może przerażać. Oczywiście, przerażać tylko tych, którzy nie czują się do końca u siebie w społecznym świecie wykluczenia i przemocy.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

O czym chciałem napisać, ale nie napisałem

Niczego dawno tutaj nie napisałem, choć przyznać się muszę, że zbierałem się kilka razy i o kilku rzeczach napisać chciałem.

Chciałem napisać o Korczaku i ostatnio wydanej jego biografii pióra Joanny Olczak-Ronikier. Biografii napisanej z wyczuciem, subtelnym rozeznaniem intymnych szczegółów; biografii, która ukazuje Korczaka w całej jego egzystencji, pełnej zwątpienia, rezygnacji, ale i heroicznego poświęcenia; biografii, która pokazuje, że nie tylko droga, w którą wyruszył po raz ostatni, zasługuje na najwyższy szacunek, ale całe jego życie było walką o realizację wartości, które były fundamentem prawdziwie ludzkiego świata; biografii, która pokazywała, że w tej walce, prowadzonej w warunkach tak trudnych, że aż dziś trudno nam to sobie wyobrazić, brały udział tysiące ludzi. Chciałem napisać, ale nie napisałem.

Tak samo chciałem napisać – zainspirowany nie tylko biografią Korczaka, Döblinen, Grynbergiem, Stryjkowskim i całą resztą innych autorów – o świecie, który zginął w przeciągu kilku lat. O Polsce sprzed II Wojny Światowej, ale nie tej Polsce, która jest przedmiotem kultu dzisiejszej prawicy, nie o Polsce dumnych oficerów polskiej armii, szarmanckich manier i wielkiego gestu, ale o Polsce mniejszości narodowych, o Polsce konfliktu społecznego. Jak wyglądałby Polska dziś, gdyby jej struktura narodowościowa i religijna była zbliżona do tej sprzed II Wojny Światowej? Wyobraźmy sobie, że tzw. prawdziwi Polacy stanowią niecałe 70% ludności, a ok. 4 milionów stanowią Ukraińcy, ok. 3 milionów Żydzi, nie mówiąc już o innych mniejszościach. Dzisiaj natomiast zamiast tak żywego, wielokulturowego świata mamy homogenicznie narodowe społeczeństwo. Ponure marzenie Narodowej Demokracji i ONR spełniło się. Wprawdzie w sposób, którego nie do końca sobie życzyli, ale nikt wtedy nie myślał, że tak historia się potoczy. Haniebnego dzieła dopełniła Partia w 1968 roku. Zglajchszaltowanie przebiegało zresztą nie tylko w wymiarze narodowym i religijnym, lecz także politycznym. Wyrwany został także korzeń polskiego socjalizmu, którego uosobieniem była Polska Partia Socjalistyczna, a wraz z nią model partii społecznie zakorzenionej. Dziś ta tradycja i pamięć o niej jest martwa, stąd w polityce naszej, szczególnie na tak zwanej lewej strony, rządzi Palikot i partyjni aparatczykowie.

Miałem też napisać zupełnie o czymś, a mianowicie zainspirowany słuchanymi ostatnio „klasykami” muzyki konkretnej, czyli Symphonie pour un homme seul (1950) dwóch Pierrów – Schaeffera i Henry oraz Le microphone bien temperé (1951) Pierre’a Henry, chciałem podnieść tezę postawioną w książce Davida Stubbsa Fear of Music. Teza ta mówi, że dzisiaj ludzie nie mają większych problemów z uznaniem awangardowej sztuki, a dokładniej plastycznych czy wizualnych, lecz wciąż mają problem z przyswojeniem awangardowej muzyki. Rzecz jasna, mam na myśli tych, którzy są w odpowiedni sposób wyedukowani i dla sztuki mają zrozumienie. Wspomniane kompozycje zapewne równie trudne były do zaakceptowania, jak były lat temu sześćdziesiąt. Co swoją drogą jest dziwne, bo dziś niemalże wszyscy mówimy czasem językiem muzyki konkretnej, oczywiście w większości przypadków jak pan Jourdain. Mam dla tego faktu swoje własne wytłumaczenie, a wytłumaczenia Stubbsa jeszcze nie znam, bo dopiero czytać go zacząłem. Może kiedyś napiszę.

Chciałem też napisać o tym, co mnie, jako konwertytę i neofitę męczy, a mianowicie wpływ nośników na sposoby słuchania. Rzecz jasna jako ktoś, kto ściągnął w swoim życiu absurdalne ilości muzyki, dokonać muszę ekspiacji, lecz staram się rozpoznać zalety tzw. cyfrowej dystrybucji muzyki, lecz konkluzja, do jakiej dochodzę brzmi: jest to format doskonały do przypadkowego słuchania, czyli takiego, gdzie słuchanie nie jest główną aktywnością lub takiego, gdzie słuchanie jest formą dystrakcji. Oczywiście odpowiada też muzyce komercyjnej i rozrywkowej. Nie chcę powiedzieć, że inne rodzaje słuchania i słuchanie innego rodzaju muzyki nie są możliwe (choć nie wierzę w mit słuchania czystej muzyki, tj, wyabstrahowanej od jej nośnika), lecz jedynie tyle, że ten rodzaj nośnika uprzywilejowuje takie formy słuchania i takie rodzaje muzyki, co spowoduje, że będą one dominującymi w społeczeństwie. Wszystko to wymaga rozwinięcia, ale nie chce mi się i odliczam tylko dni, kiedy wsiądę w samolot i wyląduje w Kolombo.

Planowałem też napisać coś o Palikocie i Nergalu, a to dlatego, żeby sobie wyklarować, który jest który, bo mi się oni ciągle mylą. Chciałem też napisać o rodzącym się niebezpieczeństwie soft autorytaryzmu. I nawet o Stevie Jobsie chciałem napisać, ale uznałem, że głupio pisać o formach jego kultu, gdy jego wyznawcy pogrążeni są w żałobie. Napisać nawet chciałem o Occupy Wall Street, ażeby tak trochę popsuć dobre samopoczucie moich rodaków, nieodmiennie przekonanych, że Stany Zjednoczone zamieszkują intelektualni troglodyci.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nędza

Czytam w weekendowym wydaniu „Gazety wyborczej” esej prof. Andrzeja Mencwela (autora którego zdecydowanie zbyt mało się czyta i słucha), który dotyczy kwestii dla świadomości i moralności społecznej fundamentalnej, czyli nędzy. Nędza jest tematem, który ze świadomości społecznej niemalże całkowicie został wyparty i zastąpiony przez rzeczy wprawdzie ważne, ale zdecydowanie estetyczniejsze i zdecydowanie łatwiej zaspokajające potrzebę posiadania czystego sumienia i moralnego komfortu. Dziś takimi usypiaczami sumienia dla klasy średniej są – niech mi wszyscy moi znajomi wybaczą to, co powiem – tolerancja, troska o wykluczonych ze względu na preferencje seksualne, wrażliwość na cierpienia zwierząt i abstrakcyjne przejęcie się losem głodujących na świecie. Dziś wystarczy opowiedzieć się za Nergalem przeciwko biskupom, by zasnąć ze spokojem swojego liberalnego sumienia. Nie chciałbym być źle zrozumianym. Tolerancja jest rzeczą bardzo ważną, a okrucieństwa wobec zwierząt trzeba się wystrzegać i je piętnować (sprawę Nergala zostawmy nastolatkom).

Wszystko to kwestie ważne, ale są rzeczy ważniejsze. Żyjemy w kraju, w którym, jak przypomina prof. Mencwel, dwa miliony osób żyje poniżej tzw. minimum egzystencji. Oznacza to, że dwa miliony osób w Polsce nie ma dostępu do wystarczającej ilości dóbr potrzebnych do podtrzymania funkcji życiowych. Nie umierają na naszych oczach, lecz ich agonia rozłożona jest w czasie. Wśród nich, znajdują się ci, którzy śmierdzą w tramwajach; wśród nich są ci, którzy zapełniają poczekalnie dworców; wśród nich są ci, którzy zamieszkują całe kwartały nędzy w naszych miastach; wśród nich są alkoholicy; wśród nich są samotne i niewykształcone matki. O tak, jako społeczeństwo wypracowaliśmy skuteczne metody usuwania ich sprzed naszych mieszczańskich oczu. Przesiadamy się do prywatnych samochodów; przeganiamy ich z galerii handlowych, by nie zakłócali sielanki zakupów swym wyglądem i zapachem i zaczynamy przeganiać ich z dworców i poczekalni odkąd uznaliśmy, że mają one być naszą europejską wizytówką i odkąd porządku na nich pilnują prywatne firmy ochroniarskie (fani Korwina-Mikke mogą się teraz uśmiechnąć – widać jak na dłoni wyższość prywatnego nad państwowym, prywatnych firm ochroniarskich nad państwową policją);  eksmitujemy ich do osiedli socjalnych kontenerów, byśmy nie musieli się bać, chodząc po mieście.

Cóż, Nergal być może wpuścił nieco świeżego powietrza do zatęchłego katolickiego kraju, jakim jest Polska i być może dzielnym był mężem, gdy podarł Biblię, ale to Caritas w Polsce, czyli w kraju w którym państwo abdykowało ze swych podstawowych funkcji zapewnienia godnego życia swym obywatelom, w wielu wypadkach zapewnia naszym pariasom możliwość przeżycia. W Polsce herezją jest bowiem domaganie się instytucjonalnych rozwiązań mających na celu rozwiązanie problemu nędzy i biedy (a biedacy to jeszcze inna kategoria). Wspierać możemy WOŚP, szczególnie, że gra tylko raz do roku, ale zwiększenia podatkowych obciążeń dla lepiej sytuowanych i możnych wspierać już nie będziemy.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Znów o wojnie

Minister Jacek Rostowski, nie ma co ukrywać, zaimponował mi dziś. Trzeba mieć niemało fantazji, aby na forum Parlamentu Europejskiego zasugerować, że jednym z niebezpieczeństw związanych z rozpadem strefy euro i związanym z tym krachem projektu europejskiego jest wojna. Snucie takich historiofilozoficznych refleksji zapewne nie przystoi ministrowi w myśl zasady: co wolno filozofowi, to nie tobie ministrze.

Mniej jednak interesuje mnie to, czy minister powinien, czy nie powinien mówić takich rzeczy i czy wykazał się odpowiedzialnością, czy raczej wzniósł się na Mount Everest nieodpowiedzialności. Bardziej interesuje mnie to, czy miał rację, czy jej nie miał. Znajdując się w obecnym momencie historycznym, trudno zgodzić, że wojna na kontynencie europejskim jest realnym zagrożeniem. Bałkańska lekcja wydaje się być zapomniana. W tym oto sensie Rostowski się myli.

Nie myli się jednak w innym sensie. U podstaw integracji europejskiej legły przecież doświadczenia II Wojny Światowej, które pokazały, że nie ma nic ważniejszego niż zagwarantowanie pokoju, a drogą do tego zapewnienie dobrobytu. Projekt ten okazał się wyjątkowo atrakcyjny i choć jego realizacja nastręczała pewne trudności, to jednak optymistów nie brakowało. Dziś jest inaczej. Stoimy bowiem przed taką oto alternatywą: albo projekt ten się nie powiedzie, albo nabierze nowego rozmachu.

Problemy strefy euro, a dokładniej problemy z Grecją (i zapewne z Hiszpanią, Portugalią, Irlandią i Włochami) obnażyło jedno, a mianowicie mit o prymacie ekonomii. Okazało się bowiem, że nie można osiągnąć jedności ekonomicznej bez jedności politycznej. Runął także neoliberalny mit, że im mniej państwa, tym lepiej (runął z hukiem tak naprawdę wraz z upadkiem w 2008 r. Lehman Brothers). Tak, wiem, że niektórzy w ten mit nigdy nie wierzyli i także wiem, że i dzisiaj są tacy, co święcie są przekonani o tym, że to socjalistyczni politycy w USA i Europie są odpowiedzialni za kryzys.

Mit ten pokutuje jeszcze w innej formie, co widać po większości dyskusji na temat kryzysu, która prowadzona jest głównie w kategoriach ekonomicznych. Konsekwencje tego kryzysu są oczywiście ekonomiczne (i te można przewidzieć), ale o wiele ważniejsze są konsekwencje polityczne, a mianowicie stawką jest tutaj integracja europejska w ogóle (można mieć wiele zasadnych zastrzeżeń do jej obecnego kształtu, ale na chwilę obecną jest to najlepszy projekt cywilizacyjny). Politycy europejscy – nawet jeśli Sarkozy to nie Schuman a Merkel to nie Konrad Adenauer – w większości przypadków zdają sobie z tego doskonale sprawę.

Słowem, minister Rostowski ma rację o tyle, o ile wskazał na polityczne znaczenie obecnego momentu historycznego, rację ma jednak przede wszystkim Hegel, który rozpoznał ów chytry rozum działający w dziejach na wiele nieracjonalnych sposobów. Może być to i ekonomiczny kryzys, może być i wojna.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O wojnie, która nie ma w sobie nic z kobiety

Urokowi wojny nigdy tak naprawdę nie uległem. Wprawdzie znajdowałem się pod wpływem „Czterech pancernych i psa” przez jakiś czas – i bardziej Małgorzaty Niemirskiej niż Poli Raksy – ale bardziej ze względu na to, że wpisany w ten serial (i oczywiście książkę, z którą zapoznałem się niemal w tym samym czasie) prosty podział na dobro i zło apelował do mojej dziecięcej duszy. Mowa moja wówczas była tak – tak, nie – nie, bo wiedziałem, że wszystko ponadto jest od złego. Dziś mowa moja jest raczej brzmi: tak, ale… i nie, ale może…, jednak przekonanie, że najważniejszą wartością, jaką winną się realizować jest sprawiedliwość, mi pozostało (John Rawls ze swoim silnym przekonaniem, że sprawiedliwość jest pierwszą cnotą instytucji społecznych, był pierwszy). Tym zatem co trafiało do mnie w „Czterech pancernych” była idea, że zadaniem wojny jest realizacja sprawiedliwości, a dokładniej rzecz ujmując, idea wedle której o zasadności wojny stanowi to, czy służy ona czemuś bardziej zasadnemu. Stąd jestem do dnia dzisiejszego przekonany, że istnieją wojny sprawiedliwe (Gwoli ścisłości i na marginesie, szybko się dowiedziałem o historycznym kłamstwie i ideologicznej wymowie serialu i książki, nie zmieniło to jednak żadną miara zasadniczego przekonania, że w tej wojnie, jak i w wielu innych, sprawiedliwość – często okrutna – leżała po jednej stronie).

Natomiast jakimś cudem nie dałem się nigdy zwieść zabiegom estetytazacji wojny, a także zabiegom jej uszlachetnienia. Uratował mnie przed tym Erich Maria Remarque oraz Louis-Ferdinand Celine. Obaj pokazali wojnę w całej jej nagości i w całym jej okrucieństwie. Uodporniło mnie to na wszelkie, wspomniane już, zabiegi estetyzacji wojny i jej uszlachetniania. Wojna to nie żadna przestrzeń, w której realizuje się cnota męstwa i człowiek zyskuje możliwość wzniesienia się ponad swoją animalną egzystencję. Poglądy takie napawają mnie przerażeniem, a czasem po prostu bawią w zależności od tego, do jakiej z grup zaliczają się ich wyznawcy. Jeśli są tymi, którzy wojny doświadczyli (jak na przykład Ernst Junger), to ci mnie przerażają, a jeśli są tymi wątłymi intelektualistami, to mnie bawią.

Ci drudzy są nie tylko śmieszni, ale i na swój sposób niebezpieczni. Ich niebezpieczeństwo polega na wytwarzaniu groźnej atmosfery moralnego przyzwolenia no wojnę. W Polsce daje się to odczuć pod postacią naszej narodowej nekrofilii – niezdrowej fascynacji śmiercią poniesioną na ołtarzu narodowej chwały. Śmierci, która być może była konieczna (nie chcę tutaj podejmować oceny naszego narodowego krwi przelewania, bo nie mam w wielu wypadkach zdania wyrobionego), ale której nie należy deifikować. W Polsce niestety Pomnik Małego Powstańca nie jest dojmującym memento, lecz przeraźliwą blasfemią. Triumfem śmierci nad życiem.

Dlatego zawsze z nadzieją witam każdą próbę rozbicia tego heroicznego dyskursu. I stąd kilka słów o bardzo ważnej książce. Książce Swietłany Aleksiejewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” . Książka powstała w innym czasie (w latach 80-tych), w innym miejscu (w Związku Radzieckim), a więc jej demaskatorski potencjał był ukierunkowany na co innego (na legitymizującą ówczesny porządek ideologię zwycięstwa nad faszyzmem). Książka ta przetrwała próbę czasu. Przetrwała tę próbę dzięki opowiedzianym w niej mikrohistoriom – intymnym doświadczeniom kobiet biorących udział w II Wojnie Światowej. Zastosowany przez autorkę podwójny zabieg – oddanie głosu tym, których do tej pory do głosu nie dopuszczano, czyli kobietom (niech to wszyscy przedszkolni antyfeminiści sobie uświadomią), a także skupienie się na mikrohistoriach, nie zaś na wielkich narracjach (żebym takie rzeczy pisał ja, marksizujący uniwersalista!) – odsłonił wojnę w całym jej okrucieństwie i w całym jej bezsensie. Od razu zastrzegam, że ten ostatni zwrot – o okrucieństwie i bezsensie – użyty został przeze mnie z całą świadomością jego strywializowania. Nie sądzę, żebyśmy dziś byli w stanie znaleźć adekwatny (meta)język, którym moglibyśmy mówić o (wyrażonym językowo) doświadczeniu wojny. Dlatego odsyłam do książki. Lektura obowiązkowa.

Opublikowano czytane | 1 komentarz

O Retromanii, mp3 i kasetach magnetofonowych.

Czytam właśnie Retromanię Simona Reynoldsa i jestem pod tak wielkim wrażeniem tej książki, że aż musiałem przerwać jej lekturę i podzielić się kilkoma uwagami. Tym, którzy mniej więcej interesują się tym, co we współczesnej muzyce się dzieje, jest ona znany z tego, że ukuł chodliwy swego czasu termin „post-rock”, tym, którzy interesują się bardziej, znany jest jako autor piszący o punk rocku, techno czy hip-hopie (ma na swoim koncie kilka książek na temat, nie licząc rzecz jasna całej masy recenzji czy artykułów). Jego rozeznanie w muzyce (słyszał chyba wszystko), jak i krytyczne podejście podparte niezłym rozeznaniem we współczesnej filozofii i estetyce za każdym razem, gdy go czytam zawstydzają mnie. W Polsce nie ma autora, z którym można by go porównać (jak i z kilkoma innymi, że wymienię na przykład Davida Toopa, Davida Stubbsa czy Paula Hegarty), bo nasi autorzy zajmują się albo dziennikarstwem muzycznym (często na przyzwoitym poziomie) bez szerszej perspektywy, albo grzęzną w muzykologicznych rozważaniach, które dla mało kogo są interesujące (casus „Glissando”).

Książka Reynoldsa, której pełny tytuł brzmi „Retromania. Pop Culture’s Addiction to Its Own Past” (to dla tych, którym nie chciało się kliknąć w pierwszy z powyższych linków), to książka tak wielowątkowa, że nawet nie mam zamiaru tutaj wymieniać podejmowanych przez niego tematów (tym bardziej, że przeczytałem dopiero połowę). Spaja ją prosta idea: dzisiejsza popkultura uwikłała się w niebezpieczny związek ze swoją najbliższą przeszłością. Do tego stopnia, że przestała być twórcza. Jeśli spojrzymy na muzykę, a ta interesuje go najbardziej, to co wydarzyło się w niej ciekawego? Jeśli lata sześćdziesiąte to lata rocka psychodelicznego, lata siedemdziesiąte post-punka, lata osiemdziesiąte hip-hopu, a dziewięćdziesiąte rave’u, to – zapytuje Reynolds – pierwsza dekada dwudziestego wieku do kogo przynależy? I odpowiada: do przeszłości. Do rocka psychodelicznego, post-punka (post-rocka), hip-hopu i muzyki tanecznej. Reedycji klasyków, reaktywacji, a nawet rekonstrukcji przeszłych wydarzeń (inscenizacja bitwy pod Grunwaldem jest może i zabawna, inscenizacja legendarnego występu Einstürzende Neubauten ze stycznia 1984 roku w Institute of Contemporary Arts, zakończonego zamieszkami, które wybuchły po tym, jak muzycy postanowili przebić się za pomocą m.in. wiertarek pneumatycznych do tunelu, który rzekomo znajdował się pod Londynem i prowadził do Pałacu Buckingham, jest dojmująca).

Obraz współczesnej kultury, jaki wyłania się z książki Reynoldsa (z przeczytanych do tej pory przez mnie stron, gwoli ścisłości), to obraz kultury przesiąkniętej narcyzmem, niezdolnej do doświadczenia absolutności teraźniejszości (związane między innymi przestrzennym pojmowaniem czasu), drążonej przez chorobliwą nostalgię, zmęczonej sobą, szukającej ucieczki w jałowym hipsterstwie. Jest to w dużej mierze konsekwencją nowych technologii, które umożliwiły powstanie krainy kulturowej obfitości. Reynolds nie jest technofobem, ja też nie, ale nie sposób odmówić mu racji, że w tym przypadku mamy do czynienia ze zjawiskiem „niedostatku obfitości” czy też dosadniej „nędzy obfitości”.

I tutaj pozwolę sobie na kilka osobistych uwag, które skłoniły mnie do napisania tej notki. Książka Reynoldsa poza bez wątpienia ciekawymi spostrzeżeniami na temat kondycji muzyki i kultury, wyraża wiele z tego, co mnie gdzieś tam dręczy czy jest mi bliskie. Jedną z tych rzeczy jest problem doświadczania muzyki i obsesja kolekcjonerska.

Wraz z zainteresowaniem się muzyką zrodziła się we mnie obsesja kolekcjonerska. Pamiętam dość dawne czasy, gdy jako młody punkowiec, zaczynałem się orientować w polskiej niezależnej scenie hard-core/punk. Nie było wtedy ani Internetu, ani mp3, a najpopularniejszym nośnikiem muzyki były kasety magnetofonowe (były też i płyty winylowe – bez wątpienia poważniejsza sprawa). Zebrałem tych kaset całą masę. Kaset regularnie kupowanych (założyłem nawet własne tzw. distro, by mieć łatwiejszy dostęp do tego, co na scenie się działo – dla młodszych czytelników, którzy dotrwali do tego momentu, może to być zdanie całkowicie niezrozumiałe), a także namiętnie przegrywanych kaset. Pamiętam do tej pory przegrane od kogoś, kto przegrał od kogoś innego, kto przegrał od swojego znajomego, kasety takich tuzów polskiej sceny niezależnej jak Brak czy WC. Jakość tego była okropna i często trzeba było słuchać z uchem przy głośniku, by coś usłyszeć. Doświadczenie niepowtarzalne, spotęgowane jeszcze przez świadomość ze obcuje się z czymś, czego zdobycie wymagało tyle wysiłku (kolekcjonerzy wiedzą, że polowanie na coś, jest w kolekcjonowaniu jedną z największych emocji). Później przyszło kolekcjonowanie płyt cd – i tych kupowanych, i tych, znowuż, kopiowanych. Do tej pory mam setki, jeśli nie tysiące, płyt, zalegających szafy, pudełka po butach, szafy u rodziców, pudełka po butach rodziców. To był okres, kiedy pojawił się Internet, ale jego przepustowość była niska, więc nie łatwo było zdobyć pliki dobrej jakości. Kopiowało się płyty od znajomych, jak kiedyś kasety.

Wszystko się zmieniło, kiedy Internet stał się szybszy, powszechniejszy, a dostęp do muzyki stał się tak łatwy jak nigdy (legalnie – np. iTunes Store, Amazon czy u wydawców bezpośrednio, czy nielegalnie – sieci p2p, blogi mp3). I otworzyło się piekło. Gigabajty, jeśli nie terabajty muzyki, ściągane obsesyjnie na twardy dysk (trudno się nie uśmiechnąć, choć raczej gorzko, kiedy Reynolds opisuje swoje doświadczenia jednoczesnego ściągania trzydziestu plików – komuż się to nie zdarzyło?), rozpakowywanie, katalogowanie (czyli wrzucanie do folderu 29.08.2011), przesłuchiwanie. Zaraz, zaraz… ściąganie tak, czasem utworzenie odpowiedniego katalogu, jeszcze rzadziej rozpakowanie, a słuchanie? Puszczenie kilku minut z całej płyty, by podjąć decyzję: do kosza czy zostaje na później. Wielu uległo fascynacji obfitością, wielu już się tym zmęczyło (piszę „wielu” odnosząc się do trwającej na łamach The Wire dyskusji o mp3, która obiła się jako takim echem echem w Polsce: u Mariusza Hermy i Bartka Chacińskiego).

Cyfrowa obfitość muzyki i łatwość dostępu do niej (głównie nielegalnego) ma dwa aspekty. Jeden to wpływ na muzyków i muzykę. Rzecz jest skomplikowana i racje po obu stronach (tych, którzy uważają, że dostęp do muzyki powinien być wolny, jak i tych, którzy uważają, że jest to naruszenie praw autorskich artystów) są mocne. Cała dyskusja często toczy się jednak wokół wielkiego przemysłu muzycznego i kulturalnego, ale kogo interesuje Madonna czy Hollywood, o wiele bardziej interesujące jest to, jaki ma to wpływ na muzykę niezależną. To jednak sprawa, o której nie chciałem pisać. Z łatwością dostępu do muzyki wiąże się inna rzecz, a mianowicie jej doświadczenie. W moim przypadku, jak i wielu innych, a pisze o tym Reynolds, łatwość dostępu do muzyki wiąże się ze spłyceniem odbioru tej muzyki. Ile mam pobieżnie przesłuchanych albumów, albumów przesłuchanych do połowy, albumów przesłuchanych w jednej trzeciej, albumów słuchanych przy robieniu czegoś, itp. Nie pamiętam całej masy zespołów i wykonawców, płyt przez nich nagranych. I to wszystko czas zmarnowany, który mógł zostać poświęcony na poddanie się muzyce i pozwolenie, żeby nami zawładnęła. Spłycone doświadczenie muzyki jest konsekwencją technologii. Nie tylko mp3 jest gorszej jakości (ok, mamy formaty lossless), ale i same odtwarzacze mp3 ułatwiają przeskakiwanie utworów, odtwarzanie ich w dowolnej czy losowej kolejności (niestety pozwalają na to co nowocześniejsze odtwarzacze cd, ale jest to wyjątkowo trudne w przypadku winyli). Muzyka w postaci mp3 to muzyka do przypadkowego słuchania i do tego została stworzona.

Fizyczność nośnika, to że się za niego zapłaciło, wymusza rzecz jasna inne podejście do muzyki. Głębsze, jeśli już mogę pozwolić sobie na patos. Stąd też powrót do winyli, kaset magnetofonowych czy płyt kompaktowych (spór o to, co lepsze: winyl czy cd, jest w niektórych środowiskach żywy). Powrót ten nie jest i nie będzie masowy, ale miejmy nadzieję, że będzie trendem żywym. Dominacja muzyki w czysto cyfrowej postaci nie zostanie podważona, jest to przecież format doskonały do przypadkowego słuchania, a więc najpowszechniejszej formy słuchania dzisiaj.

Opublikowano czytane, muzyka | 2 Komentarze

Po Offie

Minął już ponad tydzień od zakończenia tegorocznego Off Festivalu, a dopiero teraz znajduję chwilę czasu, by coś o tym napisać. Jak to jednak mówią, lepiej późno niż wcale. Z tej racji jednak, że to i owo zapomniałem, grupuję je pod kilkoma nagłówkami.

Czego żałuję:

że nie pojechałem dzień wcześniej i nie zobaczyłem Current 93. Wprawdzie nigdy nie byłem fanem smutnego neofolku, lecz koncert był podobnież nadzwyczaj udany i, jak zapewniał mnie jeden z przyjaciół, mógłbym zmienić swój stosunek do Davida Tibeta całkowicie. Nie wątpię. Żałuję też, że nie zobaczyłem The Jon Spencer Blues Explosion. I jak zwykle, że odpuściłem sobie całą masę polskich zespołów, grających albo wczesnym popołudniem, albo wraz z innymi zespołami, które chciałem zobaczyć. Polskich wykonawców, muszę z żalem i ze wstydem się do tego przyznać, potraktowałem nieco po macoszemu, żywiąc przekonanie, że to ich akurat bez problemu zobaczę. A była to bardzo dobra okazja, by zorientować się w tym, co w polskiej muzyce się dzieje. Trudno jednak wysiedzieć od 14-tej do czwartej nad ranem.

Rozczarowania:

występy polskich zespołów, mających wykonywać dedykowane sety. Kury były całkowicie bez jaj, a ze sceny wiało nudą. Trudno nie było odnieść wrażenia, że muzycy odrabiają zadaną lekcję, niespecjalnie dobrze się przy tym bawiąc. „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” to płyta z materiałem wyjątkowo studyjnym, lecz Kury swego czasu znalazły sposób na zagranie tego na żywo. Czego dowodem ich wcześniejsze koncerty, a znam je jedynie z relacji znajomych i genialnej płyty „Na żywo w Pstrągu”. Rozbudowane transowe, improwizowane utwory były tym, co spodziewałem się usłyszeć. Drugim rozczarowaniem, i o to o wiele większym, był występ Abradaba. Miał on przypomnieć historię polskiego rapu, czyli Kalibra 44, a zagrał kilka swoich utworów, zaprosił swego brata Jokę i Dj Feel-X’a, wykonali jeden czy dwa kawałki („Normalnie o tej porze”, czyli z „3:44” nagranej bez Magika). Byli fatalnie nagłośnieni, grali późno w nocy, bo deszcz wcześniej zalał im scenę, a Joka był karykaturą samego siebie. Coś musiało w tym być, że Magik odszedł z Kalibra i założył Paktofonikę. O ile Kury podjęły się swojego zadania, to o tyle tutaj mieliśmy do czynienia z typową nonszalancją. Kolejnym rozczarowaniem był występ Mogwai. I to nie dlatego, że zagrali źle, bo zagrali poprawnie, ale to nie jest zespół na dużą scenę, a do klubu, gdzie można zbudować odpowiednią atmosferę.

Potańcówki:

wszyscy już wiedzą, że najlepszą urządził Omar Souleyman. Nie będę się więc o tym rozpisywał. W sieci pełno jest opisów tego, jak zaczarował publiczność, poderwał ją do morderczego tańca. Jedni go nienawidzą, inni go kochają, nawet jeśli przyznają się do tego z pewnym zażenowaniem. Jedno trzeba jednak powiedzieć, że wszelkie porównania do syryjskiego disco (w końcu dabke to muzyka weselna) są całkowicie bez sensu. Nie trzeba szukać po arabskich kanałach muzycznych, żeby się przekonać, że muzyka ta nie ma wiele wspólnego z mainstreamem. Trzeba tylko jej dobrze posłuchać, żeby się przekonać, że jest ona tak frenetyczna, ekstatyczna, że bliżej jej do punkowego ekscesu niż jakiekolwiek przesłodzonego popu. Zasługa to przede wszystkim zasługa znajdującego w cieniu Omara klawiszowca Rizana Sa’ida. Tuż za Omarem bez wątpienia znajduje się Konono No. 1. Ich występ nie porwał wprawdzie tak publiki jak występ Omara, ale to pewnie dlatego, że ich muzyka nie zniewalała od razu do tańca, lecz trzeba było się jej poddać i dopiero odnaleźć się w transowych rytmach utworów granych po 15 minut. Miły set zafundował na koniec sobotniego dnia Kode9, ale nie będę ukrywał, że wolałbym usłyszeć go z The Spaceape. Na śmierć bym zapomniał o Gangpol & Mit. Przezabawna, inteligentna muzyka, okraszona rozbrajającymi wizualizacjami. Świetny występ.

Epifanie:

Oneida. Jestem jednak konserwatystą i potrzeba mi fali hałasu, żeby mnie porwać i mną wstrząsnąć. Hipnotyczny, miażdżący występ. Koncert z tych, które zabierają cię poza czas.  Do tego Barn Owl Emeralds. 

Przyzwoitości:

Warpaint – miło i sympatycznie. Rozbuchana kobiecość (cóż, za seksistowski wtręt) na wielu bez wątpienia zrobiła wrażenie. Ich płyta „The Fool” podczas słuchania przyprawiła mnie kilka razy o przyjemne drżenie. Dla mnie jednak to zespół, który gra intymną muzykę  mającą z sobie coś z rozedrganego erotyzmu. Niespecjalnie do doświadczenia w tłumie. To samo mógłbym powiedzieć o Blonde Redhead. Mam wrażenie, że ich występ się rozjechał przez to, że zagrali utworu z kilku płyt, które stylistycznie nie pasują do siebie. Niektórym ewolucja Blonde Redhead od gitarowego grania a’la Sonic Youth, gdy jeszcze nagrywali dla Touch & Go po oniryczny pop, który teraz grają, może się nie podobać (czego potwierdzeniem kiepskie recenzje, jaki zebrał ich ostatni krążek „Penny Sparkle”). Ja jestem urzeczony (mówię o muzyce, nie o występie).

O czymś jeszcze powinien wspomnieć, ale nic mi nie przychodzi do głowy. Tyle.

Opublikowano słuchane | 2 Komentarze

Stambuł, moja miłość.

Kiedy po krótkiej kłótni z taksówkarzem (który zagaduje cię po angielsku, kłóci się zaś wyłącznie po turecku) wylądowałem w końcu na İstiklâl Caddesi, było ok. trzeciej w nocy i wiedziałem, że jestem w Europie. Po niemalże trzech dniach podróżowania po jej peryferiach – Ukrainie, Rumunii i Bułgarii, niewątpliwą ulgą było znaleźć się na znanym mi gruncie i odetchnąć wielkomiejskim powietrzem. Pomimo bowiem późnej pory życie w Beyoğlu tętniło (włócząc się chwilę później w poszukiwaniu noclegu widziałem, jak miasto jednocześnie kładzie się spać i budzi się ze snu) i nie przypominało w niczym rzeczywistości naszych polskich pustynnych miast, lecz raczej, dajmy na to, ulice Barcelony.

To, co powyżej napisałem, jest, rzecz jasna, daleko idącym uproszczeniem, ba, intelektualną manipulacją nawet. İstiklâl Caddesi znajduje się przecież w europejskiej części Stambułu (na marginesie Stambuł nie jest jedynym miastem znajdującym się na dwóch kontynentach – co często się twierdzi – lecz jednym z dwóch, obok rosyjskiego Magnitogorska) oraz jest konsumpcyjnym i rozrywkowym centrum Stambułu (Wikipedia podaje, że podczas jednego weekendowego dnia przewala się przez nią ok. trzech milionów ludzi). I tak jak artystowskie, hedonistyczne Beyoğlu nie jest reprezentatywne dla Stambułu, tak Stambuł nie jest reprezentatywny dla Turcji (ostatnia część tego zdania również jest uproszczeniem i intelektualną manipulacją). Z drugiej zaś strony nie ulega wątpliwości, że Ukraina, Rumunia i Bułgaria leżą w całości w Europie, a nie tylko w kilku marnych procentach. Co więcej, te dwa ostatnie kraje są członkami Unii Europejskiej, czego Turcji nie udało się jeszcze osiągnąć, choć w poczekalni stoi już ładnie ponad lat dwadzieścia.

Tego typu rozważania można prowadzić niemalże w nieskończoność, mnożąc perspektywy oraz komplikując wątki, wszystko to jednak niczym jest wobec subiektywnego doświadczenia europejskości Stambułu (z samą Turcją jest jeszcze inaczej). Przemożność tego doświadczenia potęguje moja, a więc nasza, środkowoeuropejska perspektywa – perspektywa prowincjusza. Prowincjusza, który przybył do wielkiego świata, bo Stambuł jeśli nawet dzisiaj nie znajduje się w centrum świata, to ślady jego historycznej wielkości i obecnej światowości są obecne wszędzie. Kiedy brocząc we krwi padał Konstantynopol i kiedy rodził się we krwi Stambuł dzień ten na Zachodzie obwołano – jak przypomina Geert Mak – „ostatnim dniem istnienia świata”. Runął przecież jeden z filarów chrześcijańskiej Europy.

Stoję więc na İstiklâl Caddesi, w centrum Europy ( jest ona, oczywiście, pewnym wyobrażeniem i pewną ideą, nie zaś geograficzną rzeczywistością) i zanim znajdę miejsce do spania trochę pokręcę się po okolicy. W powietrzu, przede wszystkim zaś na ulicach, czuć pierwszomajową atmosferę. Przetaczające się powoli wozy opancerzone oraz uzbrojona w pistolety maszynowe policja nie zapowiadają nieszkodliwego pikniku i naszego polskiego grillowania. W Turcji temperatura walki politycznej i walki klasowej jest dużo wyższa niż w Polsce, choć niekoniecznie dużo wyższa niż w innych miejscach Europy (jak dajmy na to Grecja czy ostatnio Hiszpania). Co znów świadczy o naszej prowincjonalności.

Tak czy inaczej, niestety, pierwszy maj przespałem, a dokładniej przespałem całe przedpołudnie i kiedy wyszedłem „na miasto” panowała tam już sielankowa atmosfera. Dziewczyny i turyści (wśród turystów są oczywiście i dziewczyny, a wśród dziewczyn turystki, ale w innym znaczeniu) robili sobie zdjęcia przy wozach bojowych, policjanci przebierali się i szli na spacer. Kolejne złudzenie społecznego pokoju, któremu łatwo ulec, zatrzymując swój wzrok tylko na tym, na czym zatrzymuje się wzrok typowego turysty.

Ale nie o pierwszym maja chciałem, lecz o czymś innym. Przysiadam następnego dnia przy moście Galata, u progu Eminönü. Tuż obok siedzą dwie roześmiane Turczynki, a ja muszę mieć nietęgą miną, oczarowany ich urokiem. Są młode, są prześliczne i, oczywiście, są na wskroś (i pewnie tylko powierzchownie) europejskie. Za chwilę objawi mi się z całą siłą charakteryzujące Stambuł pęknięcie. Pęknięcie, które dzieli i to miasto, i ten kraj, na dwie części (w rzeczywistości linie podziału tureckiego społeczeństwa przebiegają w różnych kierunkach): nowoczesną, zsekularyzowaną i zamożną oraz na konserwatywną, religijną i biedną. Pierwszą symbolizują oczywiście dziewczyny, drugą dwie kobiety, które wkrótce się pojawią. Tradycyjnie ubrane, włosy zgodnie z religijnymi nakazami są ukryte pod chustą (kobiety spowite w burki czy zasłaniające twarze to jednak w Turcji mniejszość; na marginesie, chusty rzeczywiście potrafią być sexy). Jedna z nich próbuje bezskutecznie zadzwonić, druga zaś równie bezskutecznie próbuje sobie zrobić przy pomocy telefonu komórkowego zdjęcie na tle Bosforu (nic dziwnego, że jej się nie udaje, trzyma go odwrotnie). W końcu zrezygnowane zwracają się do siedzących obok mnie dziewcząt. Te oczywiście pomagają. Nie jest to dla nich żaden problem. Nowoczesne technologie są dla nich czymś normalnym.

Wydaje się, zamieszkują dwa różne światy, choć mówią jednym językiem. Nie dzieli ich zbyt wielka różnica wieku, lecz coś powoduje, że jedne jawią mi się jako beztroskie dziewczęta, drugie zaś jako doświadczone życiem kobiety. Ten podział jest i kulturowy, i społeczny, ale przede wszystkim klasowy i ekonomiczny (a w wielu przypadku dochodzi jeszcze hiatus narodowościowy). Nie przekładają się one zbyt łatwo na siebie komplikując ludzką mapę Turcji.

A Turcja jest krajem fascynującym, bo nie wiadomo, gdzie się znajdującym: czy w Europie, czy w Azji. A może ani tu, ani tu, bo nie ma ani Europy, ani Azji. Nie wierzę w silne tożsamości: ani jednostkowe, ani kolektywne. Mniejsza jednak o to.

Krótko: zainteresowanym Stambułem i Turcją polecam świetny esej wspomnianego Geerta Maka, pt. Most. Mistrzowskie połączenie historycznego szkicu z gęstym opisem mikrosocjologicznym. A to wszystko z perspektywy mostu Galata. Do tego warto zdecydowanie przeczytać Maxa Cegielskiego Oko Świata. Od Konstantynopola do Stambułu oraz Zabójcę z miasta moreli Witolda Szabłowskiego. Stambuł i Turcja widziane z perspektywy wykluczonych i wyklętych tej ziemi. Nie wspominając już o literackich reprezentacjach Stambułu jak Stambuł Pamuka czy Bękarta ze Stambułu Elif Şafak. Zaś na odkrycie czeka muzyczny Stambuł, i muzyczna Turcja…

Opublikowano czytane, zobaczone | Dodaj komentarz