Walka klas

Historia wszelkiego społeczeństwa dotychczasowego jest historią walk klasowych. Wolny i niewolnik, patrycjusz i plebejusz, pan feudalny i chłop-poddany, majster cechowy i czeladnik, krótko mówiąc, ciemiężyciele i uciemiężeni pozostawali w stałym do siebie przeciwieństwie, prowadzili nieustanną, to ukrytą, to jawną walkę – walkę, która za każdym razem kończyła się rewolucyjnym przekształceniem całego społeczeństwa lub też wspólną zagładą walczących klas.

Karol Marks, Fryderyk Engels, Manifest Partii Komunistycznej

Do dziś nie wiedziałem, kim jest Cezary Kaźmierczak. Dzięki napisanemu przezeń „Listowi otwartemu do Piotra Dudy i Platformy Oburzonych” już wiem. Cezary Kaźmierczak jest pracodawcą, prezesem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, działał przez lat 8 w „Solidarności”, w tym przez rok w więzieniu, a przez lat siedem w podziemiu. Cezary Kaźmierczak jest więc człowiekiem doskonale predestynowanym do tego, by pisać listy otwarte.

Cezary Kaźmierczak oburzył się dzisiejszym wystąpieniem Piotra Dudy, który zapowiedział walkę o podniesienie płacy minimalnej oraz zniesienie tzw. „umów śmieciowych”. I dodał, że generalnie on i inni przedsiębiorcy pomysły Piotra Dudy „mają głęboko w dupie”, bowiem poradzą sobie:

Ograniczymy nasze przedsięwzięcia, wyjedziemy z nimi zagranicę, będziemy zatrudniać wyłącznie na działalność gospodarczą, oganiczymy zarobki „do ręki” dla pracowników, w ostateczności będziemy zatrudniać na szaro.

Pomysły Piotra Dudy przedsiębiorcy i pracodawcy mają „głęboko w dupie”, choć:

Szkoda nam też tych biednych ludzi, Polski i nie chcemy stąd wyjeżdżać.

Wzruszające. Trochę szkoda, że czasy eksplozji industrialnego kapitalizmu minęły, zawsze można by było posadzić robotnikom park, gdzie w niedzielę zażywaliby wywczasu po ciężkim tygodniu pracy. Co tam, panie Cezary, niech się Pan nie kryguje, proponowałbym, aby całkowicie zlikwidować prawodawstwo pracy, poznosić te wszystkie sztuczne bariery stojące przed kapitałem i na powrót zacząć zatrudniać dzieci. Ich małe, żywe rączki mogłyby składać jakieś długopisy, bo na to żeby składały telefony, to w Polsce pozapłacowe koszty pracy są przecież za wysokie.

Wszystko to oczywiście bzdury: koszty pracy w Polsce na tle UE są jedne z najniższych (niższe są tylko na Łotwie, Litwie, w Rumunii i Bułgarii). To po prostu jawna deklaracja wojny klasowej. Marksowskie analizy pokazały, iż materialne interesy – by posłużyć się nowomodną terminologią – pracodawców i pracowników są antagonistyczne i opierają się na wyzysku. W interesie pracodawców leży i będą do tego dążyć, by minimalizować koszty pracy (nie tylko te pozapłacowe, lecz także płacowe) do maksymalnie minimalnego poziomu. I stąd w ich interesie leży, aby istniała odpowiednia „armia bezrobotnych” – przewaga podaży pracy nad popytem na nią pozwala dyktować maksymalnie niskie ceny za pracę.

Panie Cezary, to miło, że przypomniał nam Pan podstawowe lekcje marksizmu, ale generalnie „mamy głęboko w dupie” Pańskie troski i poświęcenie.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Pożegnanie ze Zbyszkiem I

Ponad rok temu umieściłem wpis zadedykowany Zbyszkowi Hołdysowi. Oczywiście, dedykacja nie była na poważnie, choć niektórzy sądzili, że na poważnie przejmuję się losem biednego Zbyszka, który był wtedy wrogiem publicznym numer jeden (dlatego, że publicznie poparł niesławną ustawę ACTA).

Przeczytałem go i okazało się, że w pewnych kwestiach się myliłem (Kim Dotcom opuścił w glorii i chwale areszt, a Zatoka piratów ma się dobrze), ale w niektórych miałem rację. I o dwóch rzeczach chciałem wspomnieć.

Napisałem mianowicie, że „darmowy” Internet się skończył. Moi Drodzy Gimnazjaliści, to jest kapitalizm, a w kapitalizmie za darmo jedynie boli gardło. Kapitalizm jest siłą napędową rozwoju technologicznego (oznacza to, że w kapitalizmie inaczej niż w innych formacjach społeczno-ekonomicznych jest on wyjątkowo gwałtowny, ale i to że i on sam uwarunkowany jest przez rozwój technologiczny), a ten nie po to jest napędzany, aby coś było za darmo. Tu się realizuje zyski, a nie wolność. Poczytajcie Marksa. I jeśli macie za darmo fejsbuka, to wiedźcie, że jest on „za darmo”. Płaci zań reklamodawca. Nie będzie reklamodawców i kapitalizacji na giełdzie, nie będzie fejsbuka.

Moi Drodzy Gimnazjaliści, powiadacie, że wielkie korporacje nie nadążają za postępem technologicznym? Że coś można łatwo kopiować i że nikt nie zostaje pozbawiony swojego przedmiotu, więc pojęcie własności powinno się zmienić i że powinno być za darmo? Ja się z wami zgadzam, uważam, że powinniśmy zmienić nasze wyobrażenie o własności, ale wiecie, ja jestem socjalistą. A tutaj jest kapitalizm. Chcecie muzykę mieć za darmo z torrentów, a książki z chomika? Dzisiaj, kiedy na polskim rynku jest już Spotify, Deezer, WiMP? To oni są batem na piractwo, nie smagają być może po gołym tyłku tak mocno, jak urzędnicy od ACTA, lecz przyszli zarabiać pieniądze i nie będą mieli sentymentów. Czy Amazon, Apple, inwestując tyle w kanały sprzedaży digital content, przespały technologiczną rewolucję? Czasy kiedy Sex Pistols śpiewali o EMI już minęły. Tu inni szatani są czyni.

Skupię się na muzyce.

Niespecjalnie mnie martwi to, że nie będę mógł ściągnąć nowego albumu Nicka Cave’a, bo po pierwsze, mogę go posłuchać dzięki któremuś z serwisów streamujących muzykę, ale przede wszystkim dlatego, że nie słucham namiętnie Nicka Cave’a. Nie interesuje mnie los muzyki komercyjnej, więc nie opowiadajcie mi, że nie ma nic złego w „okradaniu” artystów. Beyonce nie zbiednieje, ale to nie jej los mnie tutaj interesuje. Na razie dostają po tyłku mali artyści. Na muzyce już się nie zarabia i nowi gracze, jak Spotify, nie troszczą się o artystów. Na razie ich łupią. To nie są już te straszne wytwórnie muzyczne, które na artystach, jak się mówiło, żerowały, ale jednak coś w zamian dawały. Na razie nie wiemy, w jaką stronę pójdzie biznes muzyczny. Czy streaming będzie jego przyszłością, czy okaże się jedynie sprytnym sposobem na wyciągnięcie pieniędzy z giełdy (na razie serwisy streamingowe generują straty), nie wiemy, ale wiemy, że jest to biznes muzyczny, nie instytucja charytatywna. I kto będzie ciągnął muzykę z torrentów, kopiował do pamięci telefonu, jeśli będzie mógł mieć wszystko w chmurze?

Oczywiście istnieją alternatywy dla wielkiego biznesu muzycznego, ale mówimy tu o generalnych tendencjach. Mnie wielki biznes muzyczny nie interesuje, słucham muzyki, której byście, Drodzy Gimnazjaliści, nie słuchali w domu, jestem fetyszystą fizycznych nośników i kolekcjonerem. No i uważam, że artystom powinno się płacić. Żebyśmy się źle nie zrozumieli. Nie chcę tutaj moralizować – jeśli ktoś nigdy niczego nie ściągnął, niech pierwszy rzuci kamieniem. Zawsze istniały kanały wymiany – związane z ograniczeniami finansowymi, fizycznymi itp. – odkąd pamiętam, kasety się pożyczało i przegrywało, tak samo z płytami. I tak być powinno być, nawet jeśli forma się zmienia. Nie róbmy jednak z konieczności cnoty.

I w tej sprawie jeszcze jedno. Są obszary, w ramach których dostęp do pewnej treści powinien być darmowy. Takimi obszarami jest na przykład nauka – finansowana z publicznych pieniędzy powinna być otwarta. Ale wiecie, Drodzy Gimnazjaliści, taki jest kapitalizm i jego logika – żyje w symbiozie z państwem i potrzebuje efektywnych usług przezeń dostarczanych, a naukę, którą przełożyć można na technologię (nawet jeśli jest to technologia władzy – vide nauki społeczne), efektywnie może zapewnić jedynie państwo, a nauka może być efektywna jedynie wtedy, gdy jest otwarta.

To jest jedna rzecz. O drugiej jednak – czyli o rządach internetowej tłuszczy – napiszę następnym razem, bo wypada mi teraz iść spać.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O tym, jak naruszyłem etos pracownika nauki

Do sprawy miałem nie wracać, bo jak napisałem w poprzednim poście, sprawę uważam za spektakl, którym żyje opinia publiczna i który maskuje rzeczywiste problemy społeczne i uniemożliwia autentyczną krytykę społeczną. Marcin na swoim blogu wskazał, iż cały ten spektakl ma i pozytywny aspekt. Pokazał prawicowym politykom i autorytetom, że nie ma przyzwolenia na pewne zachowania. Zgoda, obawiam się jednak, że w polskich warunkach przybrało to postać rytualnego okładania się ideologicznymi pałkami po głowach. Doszło do krótkiego spięcia pomiędzy okopanymi na swoich pozycjach obozami. Polska wojna kulturowa jest wojną w głównej mierze pozycyjną właśnie, podczas której dochodzi od czasu do czasu do wypadów w stronę wroga.

Problem, tak jak go widzę, polega jednak na czymś innym. Jak zajmując stanowisko w określonych kwestiach, nie składać akcesu do żadnego z tych obozów? Można identyfikować owe podziały na różnych poziomach, można je różnie nazywać. Marcin mówi o „cywilizacji śmierci” i „prawicowo-katolickim lagrze”. Czy rzeczywiście jednak odrzucenie dyktatu prawicowo-katolickich autorytetów i gorliwych kapo oznaczać musi zgodę na „cywilizację śmierci”? Mam nie tylko nadzieję, że nie, ale żywię głębokie przekonanie, że tak być nie może i na coś takiego godzić się nie możemy.

Wrócę jednak na chwilę do całej sprawy. Jak już wszyscy wiedzą, posłanka Pawłowicz wzięta została w obronę przez naukowców skupionych w Akademickim Klubie Obywatelskim im. Lecha Kaczyńskiego. W przywoływanym już przeze mnie poście Marcin udzielił odpowiedzi – intymnej, osobistej, filozoficznie subtelnej i tym samym definitywnej i rozstrzygającej.

Dorzucę jednak i swoje trzy grosze. Zdumiony bowiem jestem tym, jak można na serio sformułować tak prymitywny argument i jak niektórzy na serio go mogą traktować. Gwoli przypomnienia: homoseksualistom (jak i również transseksualistom) nie powinny przysługiwać żadne „szczególne” uprawnienia (tzw. „roszczenia”), bowiem homoseksualizm (jak i transseksualizm) jest „anomalią”, a osoby homoseksualne (i transseksualne) są „bezużyteczne”.

Zacznijmy od rzeczy drobnej. O ile wiem homoseksualiści nie domagają się żadnych „szczególnych” uprawnień, a jedynie takich samych uprawnień, jakimi dysponują heteroseksualiści. Nazywanie ich „roszczeniami” służy tylko ich retorycznej dyskredytacji (ale i doskonale komponuje się z prawicowym imaginarium, pełnym spisków, żydowskich, a i teraz homoseksualnych lobbies).

Rzecz poważniejsza jest następująca. Jest rzeczą zdumiewającą, jak można na serio potraktować argument mówiący, że posiadanie pewnych fundamentalnych uprawnień (bo o takich przecież mówimy) zależeć może od użyteczności? Nie trzeba być kantystą, żeby dostrzec odrażający charakter takiej argumentacji. Przecież bez znaczenia jest to, czy homoseksualiści są społecznie użyteczni, czy nie są. Abstrahując już od tego, czym miałaby być owa społeczna użyteczność, można powiedzieć, że pewnie niektórzy są, a niektórzy nie są. Tak jak „społecznie użyteczni” są niektórzy heteroseksualiści, a niektórzy nie są. I co z tego? Dokładnie nic. Po co więc angażować tyle energii w wykazywanie, że homoseksualiści są społecznie użyteczni, czy w próby redefinicji społecznej użyteczności? Rozumiem, że niektórzy słusznie się oburzyli, ale ilu z nas hołduje fetyszowi społecznej użyteczności? Znam wielu, tolerancyjnych i otwartych, którzy jednak bez mrugnięcia okiem odmawiają wartości bezdomnym, alkoholikom, niżej stojącym w hierarchii społecznej. Pogarda „klasowa” jest trybutem złożonym społecznej użyteczności.

Użyteczność nie daje tytułu do posiadania fundamentalnych uprawnień. A co je daje? Szanse odpowiedzi na to pytanie mogą być z filozoficznego punktu widzenia beznadziejne, filozofowie mogą się różnić co do udzielanych odpowiedzi (może być to nasza racjonalność, moralna natura, zdolność cierpienia, to że wszyscy jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże), ale użyteczność nie stanowi żadnej takiej podstawy. Odwoływania się do społecznej użyteczności dziwi tym bardziej, że pada z katolickich ust. Czyż to nie właśnie chrześcijaństwo wywyższyło wszystkich bezużytecznych? Chromych, starych, skrzywdzonych, głodnych?

Podstawą rozumienia społecznej użyteczności przez prawicowo-katolickich ideologów jest uznanie homoseksualizmu za anomalię. Jeśliby zaś zapytać się, czemu uznać homoseksualizm za anomalię, usłyszeć w odpowiedzi można, że:

Podstawowe założenia syntetycznej teorii ewolucji wykazują, że najważniejszym zadaniem każdego gatunku jest przekazanie genów następnemu pokoleniu. Stanowi ono motor ewolucji i podstawę istnienia gatunku. Gdyby wszystkie osobniki danego gatunku (także i człowieka) zamieniły się w osobniki homoseksualne – gatunek ten przestałby istnieć, ponieważ nie nastąpiłoby przekazanie genów następnemu pokoleniu, w związku z czym nie byłoby potomków. Dlatego z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że z punktu widzenia  ewolucji homoseksualizm jest anomalią*.

Można oczywiście powiedzieć, że argument ten opiera się na błędnym rozumowaniu. Z występowania w ramach jakiegoś gatunku zachowań homoseksualnych nie wynika, że gatunek ten „sprzeniewierza” się swojemu „zadaniu” przekazywania genów i tym samym zachowania takie są nienormalne. Gatunek ten dalej przekazuje swoje geny, a jedynie niektórzy osobnicy w ramach tego gatunku tego nie robią. Tego typu zachowania mogą pełnić z punktu widzenia ewolucyjnego wymogu przekazywania genów w ramach danego gatunku inne funkcje i tym samym być całkowicie normalne. Dlatego też akademiccy obywatele argumentują, że gdyby homoseksualizm stał się powszechny, ludzki gatunek „sprzeniewierzyłby” się „zadaniu” przekazywaniu genów, więc homeseksualizm jest nienormalny. Nie jestem biegły w subtelnych rozumowaniach, ale to wydaje mi się ewidentnie błędnym rozumowaniem. Czy z tego, że mógłbym najdalej w świecie skakać gdybym skakał najdalej na świecie, wynika, że jestem mistrzem w skokach w dal? Rozumowanie biorących w obronę posłankę Pawłowicz opiera się na jeszcze jednej nie wyrażonej wprost przesłance, a mianowicie na przekonaniu, że gdy tylko homoseksualiści będą mogli wchodzić w związki partnerskie, a nawet małżeńskie, kiedy tylko bezkarnie będą mogli chodzić po ulicach i trzymać się za ręce, kiedy tylko będą mogli nauczać w szkołach, wszyscy, cały ludzki gatunek stanie się homoseksualny i nie będzie komu dzieci rodzić. Z tą wizją nawet trudno polemizować.

Ale to wszystko jest bez większego znaczenia. Całe to gadanie o „zadaniach” natury i ewolucji jest nic nie warte. Nie żyjemy w XIX wieku. Jest to tylko prymitywny teleologizm i naturalizm. Można pogratulować umiejętność odczytywania moralnej treści z faktycznego porządku, ale bądźmy poważni. Taka argumentacja po prostu nie przystoi. I tym bardziej zdumiewa, że pada z ust humanistów (zdaje się, że większość z sygnatariuszy listu w obronie posłanki Pawłowicz to humaniści). Czy nie słyszeli o anty-naturalistycznym i anty-pozytywistycznym przewrocie (a nawet przewrotach) w naukach społecznych i humanistycznych? Zapewne słyszeli, ale i tak jest to bez znaczenia, bo ta argumentacja, która okazuje się naiwnie pozytywistyczna i naturalistyczna, miała być z ducha tomistyczna, czyli odwołująca się do prawa naturalnego. Nie moja jednak wina, że prawa naturalnego niektórzy nie potrafią odróżnić od prawa przyrody. Św. Tomasz, z którym można się zgadzać lub nie, był jednak subtelniejszym myślicielem. Nie można mieć wszystkiego. Widać nie można jednocześnie przydawać sobie nimbu powagi odwołując się do nauk przyrodniczych, być wiernymi synami i córami Kościoła, odwołując się do tomistycznego prawa naturalnego (którego i tak się pewnie nie rozumie), powiedzieć filozoficznie coś sensownego i bronić zasad etosu pracownika nauki.

Opublikowano Uncategorized | 5 komentarzy

Posłanka Pawłowicz i storczyki

Nie mam fejsbuka, więc nie wiem, co się na świecie dzieje. Podejrzewam jednak, że fejsbuk musi żyć sprawą związków partnerskich oraz sprawą posłanek Pawłowicz i Grodzkiej. Podejrzewam tak, bo inne miejsca w sieci tymi właśnie sprawami żyją, a jak w mediach elektronicznych się o czymś często mówi, o tym zaczynają mówić wszyscy. Wyrażają swoje poparcie lub oburzenie, tworzą demotywatory i je zamieszczają na swoich profilach, komentują, piszą statusy i je komentują. Słowem coś się dzieje.

Sprawa jest poważna i bulwersująca, więc niechybnie musi budzić zainteresowanie. Związki partnerskie muszą w końcu doczekać się jakichś prawnych regulacji. I lepiej byłoby, żeby były to w miarę liberalne regulacje. Zachowanie posłanki Pawłowicz, ujawnione na jakimś filmiku, było oczywiście skandaliczne i obrzydliwe. Tak jak obrzydliwe jest zachowanie każdej osoby, która publicznie kpi z innych, i która czerpie z tego satysfakcję. Rechotanie sali posłankę Pawłowicz niosło i widać było, że znajduje się w swoim żywiole. Pogarda dla mniejszości czy dla słabszych jest wpisana w duszę tego narodu.

Dzięki posłance Pawłowicz mogliśmy się poczuć lepiej. Niektórzy poczuli się lepiej, bo zobaczyli, że w swojej niechęci do „zboczeń” nie są osamotnieni i że wreszcie jest ktoś, kto nie boi się mówić prawdy. A wiadomo, że w Polsce mówienie prawdy wymaga wielkiej odwagi i poświęcenia, bo prawda w Polsce jest prześladowana przez różne wraże grupy. Inni mogli się poczuć lepiej, bo przekonać się mogli o swej otwartości i tolerancji. Oczywiście dawali wyraz swojemu oburzeniu, bo jak mu nie dać? Ale nie powinniśmy się tutaj dać zwieść liberalnemu i oświeceniowemu, a de facto mieszczańskiemu sumieniu. Wydaje się być czyste, ale czy jest? Nie sądzę, ale to już kiedy indziej.

Cała historia tym bardziej jest oburzająca, że okazuje się, iż posłanka Pawłowicz jest akademikiem. A od akademików oczekujemy, że nie będą obrażać publicznie ludzi i ich dyskryminować. W porządku, oczywiście, nie zawsze (na przykład antysemityzm dyskredytuje, ale jeśli tylko chodzi o Żydów, bo o niższości cywilizacyjnej Arabów można już raczej opowiadać bez skrępowania. Na tym polega istota mieszczańskiej nietolerancji: na przekonaniu o swojej wyższości opartym na identyfikacji z liberalnymi i oświeceniowymi wartościami – tolerancji, racjonalności, otwartości itp. My jesteśmy tolerancyjniracjonalniotwarci, zaś inni są nietolerancyjninieracjonalnizamknięci, więc zasługują na naszą pogardę. Mieszczański rasizm nie jest już rasowy, lecz kulturowo-społeczny). Zachowanie posłanki Pawłowicz było nie tylko skandaliczne, lecz uwłaczało także godności nauczyciela akademickiego i profesora. Uwłaczało, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, więc część środowiska akademickiego wyraziło swoje oburzenie. Jak można się domyślić, inna część wzięła ją w obronę.

Ale do czego ja zmierzam? Ano do tego, że „cała” Polska żyje tym, że jedna pani obraziła drugą panią. Samo w sobie jest to rzeczą skandaliczną i pokazuje tylko, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, degrengoladę naszego życia publicznego i siłę zapiekłego w nienawiści polskiego zaścianka. Nie zmienia to jednak faktu, że „cała” Polska żyje spektaklem. Powtórzę raz jeszcze, nie zamierzam zaprzeczać, że pokazuje to, jak pod pewnymi względami jesteśmy nietolerancyjni, jak i temu, że tak obrzydliwe zachowanie nie przystoi osobom publicznym – posłom i akademikom. Nie przystoi nikomu. Nie w tym rzecz, a w tym, że polska opinia publiczna zarządzana jest właśnie poprzez spektakl, a jak rzekł Guy Debord: „W świecie rzeczywiście odwróconym prawda jest momentem fałszu”. Oburzenie skrywa nieczyste sumienie, a witalność jest objawem choroby. Dziś wszyscy znają posłankę Pawłowicz, niewielu zaś zna treść proponowanych ustaw o związkach partnerskich.

Opublikowano Uncategorized | 6 komentarzy

Powrót

Ze wstydem spoglądam na moją, pożal się Boże, aktywność blogerską. Trzy wpisy na krzyż w przeciągu roku to zdecydowanie nie jest powód do dumy. Nawet jeśli wiernych czytelników nie mam więcej, to i tak brak dyscypliny jest godny pożałowania. Ktoś wreszcie też musi dać głos, a środowiska akademickie – szczególnie nasze łódzkie, a jeszcze konkretniej łódzko-filozoficzne* – wymownie lub niewymownie w sprawach publicznych milczą (albo publicznie milczą). Cóż, czasy zaangażowanych intelektualistów minęły i miast pracować w dziedzinie ducha staliśmy się robotnikami w fabrykach wiedzy, flirtującymi, oczywiście ironicznie, z kulturą popularną. Kwestię, czy jesteśmy klasą (w sobie) pozostawiam otwartą, bo że nie jesteśmy klasą dla siebie jest rzeczą oczywistą.

Tak więc wracam do blogowania. Deklaracja poważna, ale nie aż tak, jeśli sobie uświadomić, że nie powiedziałem przecież, iż będę to robił regularnie. Znając życie i siebie, pewne nie. Mniejsza jednak o to. Wracam i tyle. W zanadrzu mam jeszcze jakieś pomysły, ale dopiero jak coś z tego wyjdzie, dam ewentualnie znać.

Jak już bloguję, to zacznę od (auto)reklamy. W maju robimy konferencję Niepokorni – rekonstrukcje, konteksty, inspiracje. Polska radykalna filozofia społeczna przełomu XIX i XX. Czas przywrócić pamięci pewną formację intelektualną, a życiu pewien etos inteligenta zaangażowanego. Czas też zrzucić z siebie szatę prowincjusza. A kim jest prowincjusz? Also sprach Leszek Nowak:

Prowincjusz jest duchowo uzależniony od centrum, albowiem nie śmie przyjąć własnych kryteriów wybitności, lecz popatruje, co TAM uznaje się za dobre – to wielbi, a ze wzgardą odwraca się od tego, co TAM się nie dostrzega. Dalej, prowincjusz nie śmie konkurować z centrum, jest zdolny się mienić przecież co najwyżej jego reprezentantem. Rywalizuje natomiast z innymi prowincjuszami, ale nie o wybitność, nie o miejsce w hierarchii osiągnięć, lecz o prawo do reprezentacji centrum na prowincji, a więc o miejsce wśród służby (Gombrowicz. Człowiek wśród ludzi, s. 179).

Żaden z bohaterów naszej konferencji kompleksu prowincjusza nie miał. Myśleli na własny rachunek, bez oglądania się na innych. Warto wnieść zatem, choćby skromny, wkład w przywracanie wywodzącej się od nich tradycji. Szczegóły na temat konferencji można znaleźć i tu, i tam. Zapraszam gorąco do udziału, czy to w roli prelegentki, czy słuchacza.

Była (auto)reklama, to czas teraz na kilka słów skruchy. Nie dotarłem dziś na wycieczkę organizowaną przez studentki okcydentalistyki w ramach projektu zaliczeniowego, która zapowiadała się nadzwyczaj interesująco. Jej program przewidywał zwiedzenie dwóch łódzkich cerkwi. Cerkwi p.w. św. Aleksandra Newskiego i cerkwi św. Olgi. Zapowiadało się bardzo interesująco, a ja niestety nie dotarłem. Gwoli ścisłości, dotarłem, ale godzinę później. Zakodowałem sobie bowiem, że wycieczka ma się zacząć o 13, gdy w rzeczywistości zaczęła się o 12. Organizatorki, p. Angelikę i p. Dominikę, z całego serca przepraszam, a sobie pluję w brodę, bo bardzo chciałem w tym projekcie wziąć udział. Tym bardziej że poprzedni projekt, który Panie współrealizowały, wypadł bardzo fajnie.

Swoją drogą, muszę się przyznać, że miejsca sakralne wywierają na mnie niejaki wpływ. W naszym odczarowanym świecie miejsc, w których urzeczywistniał się inny porządek, jakoby już nie ma, ale to nieprawda. Wystarczy przekroczyć progi jakiejkolwiek bądź świątyni – czy będzie to katolicki kościół, czy muzułmański meczet – aby się o tym przekonać. Tuż za progiem jakby czas gęstniał, a powaga samego miejsca pozwala poczuć ledwie zarysowaną obecność czegoś, co przekracza.

Oczywiście nie chcę powiedzieć, że każdy, kto przekroczy próg jakiekolwiek świątyni, poczuje obecność Boga. Zapewne nie każdy i nie każdej świątyni. Czasami jednak tak się zdarza, czasem nawet i mnie. Przypominam sobie, jak wylądowałem ostatnio w Kon Tum, wietnamski miasteczku tuż przy granicy z Laosem i Kambodżą. Miasteczko prawie całkowicie off the beaten track. Spotkałem tam tylko trzech „białych”, co jest bardzo małą liczbą, biorąc pod uwagę dzikie tłumy, jakie przewalają się przez Wietnam. Kocham ten kraj, ale nie wiem, czy trzeci raz tam pojadę. To niestety kraj dla naleśnikowych turystów. W sumie jedynymi krajami, które wolne są od turystów, to kraje, w których porwać cię może w każdej chwili Al-Kaida. Żartuję i to bardziej z naszych stereotypowych wyobrażeń o pewnych rejonach naszego globu.

Dobrze, wracam do przerwanego wątku. A więc spotkałem trójkę „białych”. Przemiłego Australijczyka, który spędził większość swego życia w podróży, a więc był zaprzeczeniem turysty. Angielską pisarkę Emmę Chapman, autorkę wydanej właśnie książki How to Be a Good Wife. A także sympatycznego Francuza, zakochanego w jednej z dziewczyn z plemienia Gia Rai. Nie miejsce i czas, aby przedstawiać zawiłości tamtejszego życia towarzyskiego, ale na marginesie warto odnotować, że my – biali – odgrywaliśmy tam dość specyficzną rolę w napiętych stosunkach między Wietnamczykami a przedstawicielami tamtejszych górskich plemion.

Zmierzając jednak do sedna. W tymże Kon Tum znajduje się Drewniany Kościół, zbudowany przez Francuzów w roku 1913, a więc 100 lat temu. Na terenie parafii znajduje się też ochronka dla dzieci, które albo są sierotami, albo przez rodziców z powodu ubóstwa nie mogą być wychowywane. Lubiłem przesiadywać w tym kościele, bo chłód, bo spokój, bo po drodze do wioski plemiona Gia Rai, i pewnego dnia trafiłem na msze, a raczej msza dopadła mnie. Kościół powoli zaczął się zapełniać małymi dziećmi, głównie dziewczynkami, które wyraźnie poczęły przygotowywać go do mszy. Coś tam wnosić, ustawiać, przestawiać. Sam widok kościoła opanowanego przez kobiety – dziewczynki i staruszki – był tak fascynujący, że postanowiłem zostać. I w taki oto sposób wziąłem udział we mszy.

Doświadczenia tego – użyję tutaj wyświechtanego zwrotu – nie da się opisać. Sama sytuacja była na tyle, powiedzmy, nietypowa, że potęgowała tylko owo doświadczenie. Przedstawcie sobie tylko: katolicka msza gdzieś na wietnamskiej prowincji. Z historycznego punktu widzenia nie ma oczywiście w tym nic dziwnego. Wietnam był kolonią francuską, a Francuzi byli katolikami. Zresztą to bezpieczeństwo i dobro francuskich misjonarzy było pretekstem ustanowienia francuskiego protektoratu nad Indochinami. Tak więc katolicka i francuska obecność nie powinna dziwić nawet na wietnamskiej prowincji (która zdaje się, że ze strategicznego punktu widzenia była dość istotna – w tej okolicy, tak na marginesie, dużo później miejsce miała pierwsza lądowa bitwa pomiędzy dzielnymi chłopcami z Armii Stanów Zjednoczonych a oddziałami Wietnamskiej Armii Ludowej), ale nie to przecież jest istotne. Istota tego doświadczenia leżała w szczegółach – w architekturze kościoła, drewnianej, a więc nie monumentalnej, gotyckiej; w wysokich tonach języka wietnamskiego, w którym odprawiana była msza (choć głowy za to uciąć sobie nie dam, mógł to być równie dobrze język jednego z okolicznych plemion, wśród których częściej zdarzają się katolicy niż wśród Wietnamczyków – nie sądzę jednak, że tak właśnie było, mało prawdopodobne by mieli Biblię w swym języku); gwarze dziewczęcych głosów, z przejęciem wypowiadających słowa modlitwy; zapełnionych ławkach odświętnie ubranymi dziećmi – czarne spódnice, białe bluzeczki, w przypadku chłopców podobnie – czarne spodnie, białe koszule (uświadamiam sobie właśnie, dlaczego dziewczynki stanowiły większość, a to dlatego zapewne, że są po prostu mniej użyteczne z punktu widzenia ubogiej rodziny i społeczności).

Ta przydługa historyjka miała być tylko ilustracją tego, że gdzieniegdzie i czasami można odnaleźć miejsca, w których przynajmniej pozostałości sacrum są obecne. I w taki oto, podniosły, mało oświeceniowy i ironiczny sposób powróciłem do blogowania. Oczywiście, nieregularnego.

———

*Wyjątek stanowią dwa blogi: Marcina i naszej byłej studentki, a obecnie nie naszej doktorantki Agnieszki.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , , | 5 komentarzy

O lewicy, krótko

Marcin napisał tekst, który choć krótki to w debacie o lewicy stanowi ważny i ciekawy głos. Zgadzam się, że problemem współczesności jest indywidualizm. Nie jestem jednak pewny, czy jest możliwe rewindykowanie jego sensu w imię prawdziwego indywidualizmu. Bo niby jak ów indywidualizm miałby wyglądać?

Zgadzam się też, że współczesna lewica jest libertariańska w swych fundamentach. Odgrywając rolę leninowskich pożytecznych idiotów niszczy wszelkie pozostałości solidarności społecznej. Przede wszystkim zaś – uwaga! to powiem ja – religię. Dziś żyjemy na społecznej pustyni, na której jedynymi oazami życia prawdziwie ludzkiego są jedynie są rodzina i związki przyjaźni. Rodzina tworzy jednak dziś jedynie świat prywatny, zaś przyjaźń nie może stać się podstawą żadnej politycznej wspólnoty.

I tutaj leży źródło mojej niezgody z Marcinem. Nie ma powrotu do przednowoczesnego świata, jakkolwiek mocno byśmy za nim nie tęsknili. Nie jest to możliwe z wielu powodów: kulturowych, ekonomicznych czy technologicznych. Miejmy nadzieję, że można osiągnąć coś więcej niż tylko zimne państwo dobrobytu. Być może warto ożywić ów etos lewicy, o którym pisał Mencwel, ową tradycję polskiej lewicy, lewicy Krzywickiego, Nałkowskiego, Abramowskiego, Kelles-Krauza, Korczaka, Brzozowskiego, bojowców, działaczy i bezimiennych członków Polskiej Partii Socjalistycznej. Lewicy, która była przecież i internacjonalistyczna, i osadzona w społecznym oraz historycznym konkrecie.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

Eschaton

Boże, mój Boże, czemuś żeś nie zasłonił dachu Stadionu Narodowego? Czemuś żeś skąpał murawę w deszczu i nas tak upokorzyłeś? Czemu nie pozwoliłeś grać naszej drużynie przez piętnaście minut świetnego futbolu i potem normalnie przegrać zero do trzech? Boże, przecież Ty wiesz, że ja czuję się teraz jakbym sam był członkiem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Ja, Polak Mały, czuję się częścią tego narodu, tej wspólnoty języka i historii klęsk i niepowodzeń, i myślę teraz, że nic tutaj nie może się udać. Ja wiem przecież, że to nie oni, lecz my tego dachu nie zasłoniliśmy. Ja jestem pokorny. Nie przeklinam, gdy spóźniają się tramwaje, bo wiem, że gdzie indziej jest tak samo. Widziałem. Byłem w Niemczech, w Ojczyźnie Porządku, i czekałem na spóźniające się pociągi. Nie narzekam na brud na ulicach, bo byłem w Mieście Miłości i widziałem tam syf. Boże, przecież wiesz, gdzie byłem i wiesz, jak jest gdzie indziej. Ale czyś nie za wiele złożył na nasze barki?

A może czas się dopełnił? I teraz już zawsze tak będzie? Przecież Ty wiesz, że Polak przed szkodą i po szkodzie głupi. Przecież ja siedzę i nie wiem, co powiedzieć. Kimże ja jestem, bym się tym przejmował i kimże ja jestem, bym się tym nie przejmował? Ja nawet nie wiedziałem, że ma być mecz z Anglią, bo przecież niedawno był z kimś innym, a tak często nie gra się meczy. Myślałem, że mecze są w środy lub soboty, a dziś jest wtorek. We wtorek miałby czas się dopełnić? Niemożebne to przecież. A mówił mi Starzec na przystanku: dobrze, że dach ten zbudowali, choć ludzie krzywili się i pytali – po co?

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz